To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
tatry.prv.pl

Wszystko o Tatrach - Dawno temu w górach, czyli wspomnień czar...

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005
Temat postu: Dawno temu w górach, czyli wspomnień czar...
Witam w nowym "dziecku" naszego forum :) Ponieważ wiele szlaków już przetarliśmy, powstało kilka...naście (w przyszłości mam nadzieję "kilkadziesiąt") opisów,relacji i wspomnień. Zadaniem kolekcjonera jest wyłuskanie takich perełek z ogromu postów, tak aby powstał ciąg opowiadań na dłuuuugie zimowe wieczory i nie tylko ;)

Temat ten jest tylko "do odczytu", więc numery z gg tu nie przejdą :P ale nie lękajcie się...piszcie wspomnienia, a kolekcjoner na pewno je znajdzie i tu zamieści z wielką radością :) ....acha, mam nadzieję,że nie pozwolicie mu leniuchować ;)


Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Jurek
Tatry
czerwiec 2004
08.06 2004r. lekko zamglone Taterki zobaczyłem najpierw z Głodówki a dopiero potem dojechałem do Cyrhli. Tam rozbiłem namiot w którym zamierzałem nocować. Czesiek dojechał po południu, po krótkim odpoczynku i posiłku wyruszyliśmy zdobyć okoliczny szczyt Kopieniec gdzie piękna i trochę ośnieżona panorama Tatr zachęcała do następnych wycieczek w góry. Oglądaliśmy zachodzące słońce pomiędzy chmurkami, parę fotek i spowrotem do kwatery. Moje nowe buty na początku drogi w kierunku Kopieńca były OK ale potem okazało się że lewa kostka nieco ucierpiała i musiałem ratować się podkładką pod piętę ze zwiniętej gazy. Następne wycieczki w tych butach były już bez niespodzianek. Pierwsza nocka w namiocie nie udała się ponieważ wszystkie okoliczne psy niesamowicie ujadały a zbliżająca się burza i pierwsze krople deszczu zmusiły mnie o pierwszej w nocy do wyprowadzki na kwaterę. Byliśmy już umówieni z Lukim na wypad na Krzyżne następnego dnia więc na sen nie pozostało mi już wiele czasu...Ulewa z grzmotami w nocy szybko minęła, zasypiałem powoli myśląc już co będzie za kilka godzin. Tak minął pierwszy dzień w Tatrach.

09.06.2004r. Luki przyjechał na Cyrhlę i obejrzał naszą kwaterę po czym wszyscy trzej(Czesiek, Luki, Jurek) powędrowaliśmy szlakiem aż do Murowańca. Posiłek i krótki odpoczynek, chwila rozmowy z niejakim Marcinem przy Murowańcu(on szedł na Granaty) i w drogę z zamiarem dojścia do Krzyżnego. Przy Czerwonym Stawie odpoczynek, oczywiście robiliśmy sobie fotki na śniegu. Pogoda ładna, słońce przeplatało się z chmurkami, wspaniałe widoki na okolicę Pańszczycy. Po śniegu szliśmy jako pierwsi, nikt jeszcze tego dnia nie zaznaczył swojej obecności. Po chwili zauważyliśmy postać za nami, był to Marcin który zrezygnował z Granatów i dogonił nas na ostatniej prostej przed Krzyżnem. Podejście było tylko po śniegu, czasami wystawał jakiś głaz albo kupa kamieni. Ja i Czesiek szybko rwaliśmy do góry, w pewnej chwili nagle wpakowałem się całą nogą w śnieg i uderzyłem lewą ręką w skałę wystającą ze śniegu czego efektem był wybity środkowy palec. Nie powstrzymało mnie to przed niczym i szybko znaleźliśmy się z Cześkiem na przełęczy skąd oglądaliśmy niesamowicie przepiękne widoki w pełnej słonecznej pogodzie. Droga na Orlą Perć zasypana śniegiem więc nie było mowy o wejściu tam. Luki z Marcinem szli powoli do góry. Zastanawialiśmy się dlaczego, potem okazało się że Marcin ma nieodpowiednie obuwie!!!, Luki pożyczył mu swoje rękawice żeby mógł rękoma wdrapywać się po śniegu do góry. Po drodze dogoniło ich troje ludzi. Na przełęczy Krzyżne każdy z nas osobiście podjął decyzję o zejściu do Piątki. Całe zbocze pokryte było warstwą śniegu zakrywającą szlak więc trzeba było przetrzeć jakąś ścieżkę i powoli dotrzeć do widocznego z daleka szlaku. Zaczęliśmy schodzić, Luki chwilę był przy Marcinie na przełęczy i też zaczął marsz na dół, zeszliśmy 100 metrów niżej i tam okazało się że Marcin tkwi w tym samym miejscu czyli prawie na przełęczy. Konsternacja, co jest grane?, wchodzić spowrotem po gościa? dowiadujemy się że chyba da sobie radę ale ma kłopoty z utrzymaniem równowagi !!! , po chwili znad Krzyżnego wyłaniają się trzy następne osoby, Marcin powoli schodzi z nimi więc jesteśmy trochę uspokojeni i gonimy już dalej bez niego ale za to razem z tą trójką nowo poznaną. Od Wodogrzmotów Mickiewicza zaczęło lać deszczysko więc odgrzebaliśmy z plecaków peleryny i cała nasza trójka szczęśliwie dotarła busem do kwater. Następny dzień Kościelec. Będzie nas jeszcze więcej na szlaku. Zapowiada się ciekawie.

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

10.06.2004r. , dzionek zapowiadał się szczególnie przyjemnie ponieważ wszędobylskie słońce panowało niepodzielnie na większej części nieboskłonu czasem tylko zakrywając chmurkami naszą Gwiazdę. Trasa z Cyrhli do Murowańca razem z Cześkiem przebiegła nadzwyczaj szybko więc niebawem w Murowańcu dołączył do nas Luki a chwilę później Czesiek wyczaił pozostałą część forumowiczów czyli: Kaśka, Jerry, Krzysztof, Kasia3, Piotr. Kilka zdjęć i pierwsze kontakty szybko zmontowały grupę gotową zdobyć Kościelec, co niniejszym uczyniliśmy. 8-śmio osobowa grupa ostro pognała w kierunku wystającego i z daleka widocznego Kościelca. Podziwianie wspaniałych widoków, zdjęcia i rozmowy na tematy różne wypełniły szybko czas. Następny dzień był już zaplanowany, idziemy na Błyszcza z możliwością zaliczenia Bystrej. Nigdy tam nie byłem więc z radością czekałem na zaliczenie nowego szlaku.

11.06.2004r. Czesiek został w kwaterze, niestety skurcze w nodze nie pozwoliły mu na wypad w góry. Spotkanie rano na dworcu z MIG-iem i jego kolegą Tomkiem którzy dopiero dojechali do Zakopca, potem zaraz zjawili się: Jerry z Kaśką i sKoTi z Kasią2 a także Luki zaopatrzony w nowe kije. Deszczyk zaczął kropić niepokojąco więc szybko w minibus i do Kościeliska skąd szybkim marszem dotarliśmy do schroniska przeczekać ulewny deszcz który próbował pokrzyżować nasze plany wejścia na Błyszcz-Bystra. Kilka zdjęć w schronisku, szarlotka i znowu na szlaku tym razem bez jednej kropli deszczu. Droga niesłychanie piękna, powoli otwierały się niezłe widoki, chmurki zostawiliśmy poniżej a sami wesoło i radośnie pokonaliśmy Iwanicką, Ornak, Siwą, Baniste aż do Błyszcza i w końcu na Bystrą gdzie nie znaleźliśmy żywej duszy. Po drodze były sesje zdjęciowe i wertowanie map(czyt. laptopów), posiłki, kawa, herbata. Pogoda niesamowita widokowo, Czesiek wykonał telefon do mnie w chwili kiedy byliśmy na Ornaku że w Zakopcu strasznie leje. Ja jemu oświadczyłem że chmurki są w dolinach a my delektujemy się rozległymi widokami. W drodze powrotnej już na Banistych pokropiło nieźle ale szybko przeszło za to po zejściu do Doliny Starorobociańskiej w dolnym odcinku deszczyk nieźle nas pogonił i dzięki temu zdążyliśmy jeszcze na kolejkę która niebawem miała odjechać bez nas. Moje buty nieźle przemokły ponieważ byłem w krótkich spodenkach więc lała się ta woda bezpośrednio do wewnątrz. Zdecydowałem się więc na zakup stuptupów.

12.06.2004r. Następnego dnia wybraliśmy się na zakupy w/w sprzętu a także Jerry próbował znaleźć jakieś sandały dla siebie, nic jednak z naszych zakupów nie wyszło. Pożegnaliśmy na dworcu Cześka który wyjeżdżał już do siebie do Wrocka, Luki też prysnął do domu a pięcioro jeszcze ludzików planowało sobie przy pifffku następną traskę do przejścia. Miała to być Przełęcz Szpiglasowa z Wrotami Chałubińskiego i zejście do Piątki.

13.06.2004r. Wszystko odbyło się według planu, pomimo deszczu Jerry i sKoTi pognali na szlak a Kaśki z Jerzym spokojnie przez Świstówkę dotarliśmy we mgle do Piątki. Posiedzieliśmy w schronisku, gorąca herbata a potem znowu na szlak. Poszliśmy w kierunku Szpiglasowej aż do podejścia pod nią. Zobaczyliśmy chłopaków na śniegu schodzących w dobrym tempie do dołu, znowu zdjęcia i uciekające chmury które odkryły piękne widoki. Jeszcze raz schronisko, ciepły posiłek, szarlotka i w drogę. Po drodze sesja zdjęciowa przy Siklawie, trochę śniegu przy schodzeniu, asfalt, parking, odjazd na kwaterę, pożegnanie i koniec weekendu


Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

MiG
Tatry
czerwiec 2004
uzupełnienie do relacji Jurka

12.06.2004 r. (wtedy, kiedy większość siedziała na Krupówkach :P ):
Po zejściu z Błyszcza (to jeszcze w piątek), na Siwej Przełęczy nastąpiło rozstanie - większość grupy schodziła Starorobociańską Doliną a ja z Tomkiem przez Ornak i Iwaniacką do schroniska na Hali Ornak (tam zostawiliśmy nasze rzeczy i tam mieliśmy nocować). Plan na kolejny dzień obejmował Czerwone Wierchy z bliżej nie ustalonym zejściem w kierunku Zakopca.
Obudziłem się o 6.00 rano nastepnego dnia. Patrzę przez okno: leje jak z cebra :( , o 7.00 ponownie otwieram jedno oko: to samo :( , o 8.00 wciąż leje ale w końcu wstajemy. Nie spiesząc się jemy śniadanie i pakujemy się (będziemy szli z pełnymi plecakami, wieczorem mamy pospieszny do Wawy). W końcu ok. 10.00 powoli się przejaśnia - Tomek namawia mnie na spacer do Smreczyńskiego Stawu (choć opisywany przez poetów, nigdy tam nie byłem. Wracamy i znów zaczyna kropić, postanawiamy przeczekać to w schronisku. Wreszcie ok. 12.00 przejaśnia się na dobre, wyruszamy! Ponieważ jest już dość późno a podejście na Czerwone może dać się we znaki, zmieniamy plany i idziemy na Giewont. Po drodze mijamy "stonkę" w Dol. Kościeliskiej, po złapaniu zasięgu daję znać Jerremu co robimy, pogoda całkiem niezła, choć Giewont tonie w chmurach.
Ok. 16.00 docieramy na szczyt (oczywiście jako jedyni z plecakami :) ), niedługo wcześniej zupełnie się przejaśnia, pełne słońce, rewelacyjny widok 8) . Jedna połowa widnokręgu - Beskidy (od Pilska po Radziejową), druga - Tatry (od Rohaczy przez Krywań i Rysy po Koszystą). Rewelacja!
Potem już tylko zejście do doliny Kondratowej i na dworzec.



Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Skład: Mariusz, Paweł
Termin: 19-26.VI.2004


Dzień #1 Sobota
Warszawa – Zakopane,
Kuźnice - Kopieniec - Cyrhla

Podróż rozpoczęła się w sobotę skoro świt. Wyjechaliśmy spod Dworca Centralnego w Warszawie niewiele po 6:00 a.m. Po raz pierwszy w życiu podróżowałem na Podhale samochodem. Szczerze mówiąc, wolę pociag, ale autem wychodzi niezaprzeczalnie taniej, nawet przy 2 osobach. No i z samochodu są piękne widoki na Zakopiance, przy ładnej pogodzie Tatry widać już z bardzo daleka – majaczą się na horyzoncie i stają się coraz większe... Do Zakopanego zajechaliśmy przed 13:00-stą i zacumowaliśmy przed Domem Turysty. Było to niestety konieczne, bo osób u których mieliśmy zostawić auto nie było w domu. Parking przed tym okropnym schroniskiem płatny 15 zł. Wokół komercja, bo Krupówki – wiadomo. Paweł jednak zarządził aklimatyzację, więc nie było rady. Wynajelismy pokój, spakowaliśmy plecak dzienny i w drogę na Kopieniec przy ładnej, słonecznej pogodzie. Spacerem do Kuźnic, potem na przełęcz pod Nosalem, na Polanę Olczysko, Polanę Kopieniec i wreszcie na sam Kopieniec (1328 m). Zejście z drugiej strony do Toporowej Cyrhli i powrót pieszo przez Chłabówkę i Jaszczurówkę do centrum Zakopanego.
Pierwsza nocka spędzona w Domu Turysty - najbardziej koszmarnym schronisku tatrzańskim jakie znam. Sanitariaty wołają o pomstę do nieba, a w pokojach mieszka pełno dzieciarni imprezującej do 2:00 w nocy. Gorąco nie polecam.

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Dzień #2 Niedziela
Zazadnia - Rusionowa - Roztoka - Rusinowa - Psia Trawka - Cyrhla

Budzimy się po nieprzespanej nocy (hałasy dzieciarni zza ściany plus burza) z ambitnymi planami, ale okazuje się, że od rana pada deszcz. Podjeżdżamy autem w górę Zakopanego na Antałówkę i zostawiamy go w bezpiecznym miejscu. Ze względu na pogodę decydujemy się na łażenie po reglach Tatr Wysokich i w strugach deszczu dojeżdżamy busem do Zazadniej Polany. (A propos – z busami zrobili teraz niezły porządek, konkretne linie mają swoje numery i rozkłady, wg których muszą jechać bez względu na to czy ktoś wsiadł czy nie.)
Dalsza wędrówka odbywa się w pełnym mgieł i mżawki, mistycznym lesie w Dolinie Złotej. Po pewnym czasie docieramy do Wiktorówek – kaplicy położonej poniżej Rusinowej Polany, a chwilę potem do samej Rusiowej. Ta polanka słynie z pięknych widoków, ale tym razem kompletne mleko. Dobrze, że chociaż przestało padać. W bacówce jak zwykle pali się ogień i trwa wyrób oscypków. Miałem przy sobie panoramę Tatr z Rusinowej na zdjęciu i to musiało nam wystarczyć. Tłumaczę Pawłowi, pokazując palcem nicość, gdzie jest jaki szczyt... Idziemy dalej – na Polankę pod Wołoszynem czarnym szlakiem. Wreszcie docieramy do Wodogrzmotów i schodzimy do schroniska Roztoka. Bardzo ładny budyneczek, byłem tam po raz pierwszy, bo jakoś nigdy się nie składało. Niestety szarlotkę podają taką sobie. Ciekawostką jest zniżka dla „okularników” 10% za noclegi.
Po konsumpcji wracamy do Zakopanego pieszo, tj. ponownie na Polankę pod Wołoszynem, a stąd czerwonym szlakiem na Polanę Waksmundzką (mleko non-stop) i przez Psią Trawkę do Toporowej Cyrhli. Na chwilę przed dotarciem do samochodu (zaparkowany w okolicach Imperialu), zaczyna się ulewa totalna. W takich warunkach zajeżdżamy na ul. Bachledy aby zostawić już do końca pobytu samochód u państwa Królów (Luki – jeszcze raz dzięki za namiary). Plan jest taki: zarzucamy plecaki na plecy i ponieważ jest kiepska pogoda, jedziemy w Zachodnie do Chochołowskiej. Żegnamy się z gospodarzami w strugach deszczu – patrzą na nas z politowaniem... Niestety deszcz nie popuszcza nawet na chwilkę, a dodatkowo w koleinach Zakopianki gromadzi się mnóstwo wody, która ląduje na nas za każdym razem, kiedy przejeżdża samochód (tu pozdrawiam kierowców wszystkich autobusów, które nas mijały - chłopaki, dzięki za darmowy prysznic, ale my go naprawdę nie potrzebowaliśmy w tamtym momencie...). Po chwili jesteśmy totalnie mokrzy – czapki, kurtki, koszule, spodnie i.... nieprzemakalne buty z gore-texu (polecam – Garmount, trzyma w deszczu dobre 7-8 minut, a potem już chlupie w środku, za to cholernie ciężko to wysuszyć potem). Docieramy na PKS i okazuje się, że kwadrans temu odjechał ostatni autobus do Chochołowskiej (ok. 17:30). Ponure miny, woda kapie z daszka od czapki i z nosa, w butach pokaźne zasoby wody. Uratował nas Bar FIS przy dworcu, gdzie zjedliśmy gorącego barszczu i coś tam jeszcze. Następnie popłynęliśmy ponownie do Domu Turysty – trzeba było przekoczować tam kolejną nockę w towarzystwie bydlęcych wrzasków balujących wyrostków. Po dotarciu na Krupówki nagle (sic!) wychodzi słońce. Cóż - nie pozostaje nic jak kupić browar i usiąć na słoneczku. Spodnie i kurtka (Alpinus Hydrotex - fajna i niedroga) schną w oczach. Światło słoneczne niebawem jednak znika i chlupiemy ponownie do schroniska. Pod sufitem rozwieszone ciuchy, na podłodze mokre buty i okropna wilgoć (w tym miejscu muszę pochwalić pokrowiec na plecak – faktycznie bardzo się sprawdził i całkowicie ochronił go przed deszczem – dzięki forumowiczom za sugestie!).

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Dzień #3 Poniedziałek
Huciska - Chochołowska - Wołowiec - Jarząbczy - Kończysty - Trzydniowiański - Chochołowska

Zgodnie z planem około 9:00 docieramy na dworzec PKS i łapiemy busa do Doliny Chochołowskiej. Czerwiec coraz bardziej daje się nam we znaki – wycieraczki busa chodzą intensywnie, ścierając z szyb padajacy deszcz. Tym razem nie ma jednak ulewy, tylko zwyczajnie sobie pada. Wysiadamy na Siwej Polanie i wędrujemy powolnym krokiem przez dżdżystą Chochołowską. Dokupujemy u bacy sera za 7 zł, coby potem mieć na kanapki. Na wysokości Hucisk przestaje padać i tylko brak widoczności przypomina o kiepskiej pogodzie. W dolinie nie ma żywej duszy. Rzucamy plecaki w schroniskowej „6-stce”, zjadamy po zupce i w drogę na Wołowiec (2063 m) zielonym szlakiem. Doliną Wyżnią Chochołowską na przełecz między Rakoniem, a wspomnianym szczytem. Idzie sie bardzo przyjemnie i szybko we mgle (może dlatego właśnie szybko, bo nie widać ile jeszcze zostało...). Po dotarciu na przełęcz niespodzianka! – granica nie tylko państwowa, ale i pogodowa. Od Rakonia, przez Wołowiec, Łopatę aż do Starorobociańskiego gęsta i wysoka ściana chmur zatrzymuje się równiutko przy polskich słupkach granicznych. Skutkiem czego, na stronę słowacką roztaczają się piękne widoki, m.in. na Jamnickie Stawy, Rohacze, Bystrą, Błyszcz i wiele, wiele dalej... Nie wiem, jakie to zjawisko fizyczne powoduje utrzymywanie się chmur po jednej stronie grani – może ktoś mi to wyjaśni? Przez chmury zaczyna również przebijać się słońce, co spowoduje kolejne zjawisko, ale o tym za moment. Od momentu wyjścia ze schroniska nie spotykamy żywej duszy na szlaku. Nie zatrzymujemy się na długo na Wołowcu, bo w Tatrach wieje non-stop średnio przyjemny, zimny (5-7*C) wiatr. Omijamy Łopatę od południa i wspinamy się na Jarząbczy Wierch (2137 m). Ale na Niskiej Przełęczy przedzierające się od zachodu słońce tworzy na leżących poniżej grani chmurach coś, co wprawia mnie w osłupienie... widzę czarną postać otoczoną wyraźną tęczową aureolą – Widmo Brockenu!!! Początkowo aureola otacza tylko głowę postaci, potem już cały jej zarys. Co ciekawe, Paweł stojąc obok mnie widzi własne Widmo, a nie widzi mojego – i wzajemnie. Początkowo myślimy, że nasze „widma” się nakładają, ale kiedy on macha ręką, moja „zjawa” się nie rusza. Okazuje się, że każdy widzi swoje i tylko swoje zjawisko...
Ktoś gdzieś napisał: „wśród doświadczonych turystów krąży przekonanie, że kiedy człowiek zobaczy ten efekt po raz pierwszy to grozi mu niebezpieczeństwo pozostania w górach na zawsze. Dopiero po 3 razach groźba gór mija.” Cóż – zostałem skażony, przekonamy się, czy klątwa da się kiedyś odwrócić... To było moje "pierwsze widmo", a chodzę po Tatrach od 10 lat... Klątwa, nie klątwa – wyjąłem aparat i zrobiłem 3 zdjęcia. Wysłałem również SMSa do Was, ale trafił on przez moje roztargnienie zupełnie nie tam, gdzie trzeba...
Tymczasem zaszliśmy na Jarząbczy Wierch, gdzie znowu otoczyły nas chmury powodując zerową widoczność. Schodzimy na Jarząbczą Przełęcz i ostatecznie rezygnujemy z powziętego wcześniej planu wyjścia na Błyszcz i Bystrą (pogorszenie pogody i brak widoczności, coraz silniejszy wiatr, zachodzące słońce). Na Kończystym Wierchu skręcamy w stronę Trzydniowiańskiego i schodzimy do schroniska Doliną Jarząbczą.
To był bardzo wycieńczający dzień – ponad 9 godzin marszu, w tym prawie dwie z pełnymi plecakami. Przez cały dzień nie spotkaliśmy na szlaku ani jednej osoby – Tatry wyludnione jak nigdy dotąd. Niestety do schroniska doszliśmy dopiero około 21:00 i nie można już było zregenerować się kuflem piwa, tudzież kawałkiem szarlotki. Mętnym wzrokiem spojrzałem na ludzi oglądających mecz (Chorwacja – Anglia bodajże) i zapytawszy o wynik poszedłem spać. Byłem wściekły na to, że pocałowałem klamkę w schroniskowej jadalni...

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Dzień #4 Wtorek
Etap I: Chochołowska (schr.) - Iwaniacka Przełęcz - Ornak (schr.)
Etap II: Ornak - Tomanowa Przełęcz - Chuda Przełączka - Hala Upłaz - Cudakowa Polana - Dolina Kościeliska - Ornak

Wreszcie spokojnie przespana noc. Co prawda pokój 8-osobowy, ale nikogo do nas nie dokwaterowali. Paweł robi tradycyjnie pobudkę koło 6:00 rano i po szybkim śniadanku zupkowym wyruszamy z dużymi plecakami do schroniska Ornak (jeszcze przed otwarciem jadalni, dlatego niestety nie udało mi się spróbować szarlotki...). Tego poranka niebo jest lazurowo niebieskie i gości tylko piękne kłębiaste białe obłoki. Przed schroniskiem totalna cisza, słychać tylko ptaki i pobliski strumień. Nie ma ludzi. Schodzimy powolutku do szlaku na Iwaniacką Przełęcz, podziwiając piękne kształty Kominiarskiego Wierchu. Jest bardzo przyjemnie, wręcz leniwie – pierwszy dzień tak pięknej pogody. Wreszcie dojście do Doliny Starorobociańskiej, z której wspinamy się wzdłuż Iwaniackiego Potoku na przełęcz. Droga jest dosyć mozolna i długa, zwłaszcza w pełnym ekwipunku. Dodatkowo ten wieczny napis na początku szlaku „Niebezpieczeństwo spotkania niedźwiedzia” powoduje rozglądanie się po zwalonych pniach z pewnym takim niepokojem. Dziś to wydaje się śmieszne, ale na szlaku pełno ma się myśli o niedźwiedziach gryzzli raniących turystów w Kanadzie...
Wreszcie wyszliśmy na Iwaniacką Przełęcz u stóp Kominiarza. Nikt nas nie mijał po drodze, a i przełęcz puściutka. Nie pozostawało nic, jak tylko rozebrać się co nieco i poopalać... Po pół godziny pojawiła się para starszych turystów, a w trakcie zejścia do Ornaku kolejnych kilka osób. Im bardziej na zachód oraz im bliżej lipca, tym bardziej Tatry zaczynają się zaludniać... Ruszamy w dół rezerwatem do Polany Ornaczańskiej i dalej do najpiękniejszego schroniska w Tatrach Polskich – Ornaku. Przed wejściem kilka osób wylegujących się na ławkach – generalnie pustki. Za barem bardzo niemiła pani (Agnieszka bodajże) nie chciała nam od razu wynająć pokoi. Przekąsiliśmy zatem szarlotkę (pycha, chyba najlepsza w Tatrach), a plecaki zostawiliśmy w pomieszczeniu gospodarczym przy kuchni. Przed nami nadal większa część pięknego dnia. Ruszamy Tomanową Doliną na Tomanową Przełęcz. W górnej części rewelacyjne przedzieranie się przez wysokie kosodrzewiny – niczym w koreańskiej dżungli. A na samej przełęczy czeka oczywiście tradycyjny komitet powitalny SG WP:

- Dzień dobry
- A dzień dobry...
- Panowie to do przełęczy, czy może dalej?
- Nooo... teraz to już tylko do przełęczy...
- Hehe... no tak. W takim razie paszporciki proszę.

Ilekroć tam nie wejdę, zawsze to samo. A na przykład na Błyszczy nikt nie siedzi i prawie zawsze udaje się przejść... Ciekawe są zwyczaje Straży Granicznej zaprawdę...
Niemniej półgodzinne konsultowanie przez krótkofalówkę naszych dokumentów pozwoliło na przyjemne leniuchowanie na słoneczku i w trawce, rozkoszując się widokiem na Dolinę Liptowską i dalej Cichą. Po pewnym czasie żołnierze czmychają w kosodrzewinę, a my wracamy do rozstaju szlaków i udajemy się w stronę Chudej Przełęczy pod Ciemniakiem. Naprawdę nie spodziewałem się, że ten krótki odcinek zielonego szlaku może być aż tak upierdliwy – kilkakrotne podejścia pod zbocza Ciemniaka są naprawdę męczące. Z wspomnianej przełęczy idziemy (Paweł zbiega) czerwonym szlakiem Halą Upłaz do Cudakowej Polany w dolnej części Doliny Kościeliskiej, czyli typowym wejściem na Ciemniaka. Do spacerówki kościeliskiej docieramy już na oparach paliwa, powłócząc nogami. Po wczorajszej koronie Chochołowskiej i wcześniejszym wałęsaniu się po lasach czuć wycieńczenie. Niemniej udaje się dojść do schroniska i zamówić piwo (plus kolejna szarlotka) u uroczo niemiłej pani Agnieszki za barem.
Schronisko prawie puste, zbliża się zachód słońca. Oprócz nas anglojęzyczna para, która nie jest w stanie porozumieć się z obsługą schroniska (nikt nie mówi w obcych językach). Wyglądają na zrozpaczonych. Obserwujemy ich spod oka, ale nie mamy siły się podnieść i bohatersko zadziałać (totalne wyczerpanie i rezygnacja plus delektowanie się Żywcem). Turyści jednak podchodzą sami i proszą o pomoc. Chcą kupić nocleg na Ornaku, ale mają tylko euro, korony słowackie i kartę visa. Nic z tych rzeczy nie jest akceptowane na recepcji. Bardzo ich to dziwi. Wiele się wyjaśnia po dłuższej rozmowie – Francuz i Węgierka (bo taka to była para) nie mają pojęcia, że są w Polsce, bo wyjechali przecież na Słowację. Przeszli sobie przez Bystrą i Błyszcz na polską stronę i zeszli do Ornaku, myśląc, że to nadal Słowacja. Tia... Koniec końców kupuję od nich 20 EUR, żeby mieli na nocleg. Potem kupuję im ten nocleg i rezerwuję telefonicznie od razu następny w Murowańcu. Szczęśliwi mogą już poświęcić czas tylko sobie (bo to zakochana para była...). A mi trochę wstyd, że góralki z obsługi takie mało europejskie i do tego grubiańskie. Na Ornaku trochę zmian – powstała świetlica na piętrze z TV, a w pokojach są nowe łóżka i ogólnie jest o wiele wyższa jakość. Poszliśmy spać do trójki i tradycyjnie nikt się nie dokwaterował. Ale wcześniej łapiemy sygnał niemieckiej ARD z satelity i delektujemy się meczem... Paweł jest bardzo wyczerpany dwoma ostatnimi dniami i raczej chce się wycofać na dzień do Zakopanego. Jest to podejście racjonalne, bo nie ma sensu ryzykować kontuzją ścięgien w połowie pobytu. Decyzja będzie jutro rano...

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Dzień #5 Środa
Ornak – Czerwone Wierchy - Murowaniec

Przychodzi świt. Przez uchylone okna słychać rozśpiewane ptaki, a w pokoju robi się bardzo jasno. Wstajemy tradycyjnie dosyć wcześnie, tym bardziej, że za oknem... perfekcyjnie czyste, błękitne niebo i palące słońce. Tym razem, czekamy na otwarcie stołówki, bo do ostatniej chwili nie wiadomo, co dziś zrobimy. Około 9:00 zarzucamy kompletne plecaki na plecy i wychodzimy przed schronisko. Zgodnie z wczorajszym planem, mamy iść do Zakopanego, ale ta pogoda.... Przy początku szlaku do Doliny Tomanowej przystajemy i patrzymy na siebie pytająco... W końcu Paweł poddaje się: – „Ok realizujemy wcześniejszy hardcore’owy plan, tj. przeniesienie plecaków przez Czerwone Wierchy do Murowańca na Hali Gąsienicowej”. Z serca Tatr Zachodnich w Tatry Wysokie główną granią masywu... Obaj wiemy, że nogi pamiętają jeszcze forsujące marsze z 3 ostatnich dni, dlatego rozpoczynamy bardzo powolny marsz pod górę z pełnym obciążeniem. Przy pierwszym napotkanym strumieniu uzupełniamy zapas wody w butelkach. Słońce stoi coraz wyżej na niebie, pojawiło się też trochę białych chmur. Niemniej wędrówka do rozstaju szlaków pod Tomanową Przełęczą przebiega dosłownie w upale. Idziemy tym samym szlakiem co dnia poprzedniego: schronisko, Tomanowa, Chuda Przełączka pod Ciemniakiem. Gdyby ktoś wczoraj wieczorem w sali jadalnej Ornaku powiedział mi, że rano będę powtarzał ten sam szlak, który mnie tak wyczerpał (w dodatku z całym ekwipunkiem) – postawiłbym mu piwo i zadzwonił po lekarza psychiatrę. Jednak okazało się, że regenerująca noc (nigdzie nie śpi się tak smacznie, jak na Ornaku) i piękna pogoda o poranku mogą zdziałać cuda...
Kawałek dalej zielony szlak ostro zakręca w lewo i wspina się Czerwonym Żlebem na zbocze Ciemniaka (m.in. idzie się przez osuwisko brunatnej ziemi i przez płaty śniegu), następnie przechodzi nad Jaskinią Lodową i wspina się na Chudą Przełączkę między Twardym Upłazem, a Chudą Turnią. Na grzbiecie Upłazu zdajemy sobie sprawę z kolejnej właściwości dzisiejszej pogody – bardzo silnego wiatru. Im bliżej Ciemniaka, tym silniej wieje. Za to ciągle panuje rewelacyjna widoczność – nakładamy kurtki i wędrujemy dalej. Wreszcie Ciemniak (2096 m). Odetchniecie, czekolada, picie. Widać, że na Czerwonych Wierchach jest dziś sporo ludzi, skuszonych widocznie ładną pogodą. Przechodzimy na Krzesanicę, skąd mam dokładnie opisaną panoramę gór. Wieje coraz bardziej, można już rozłożyć ręce i niemal „oprzeć się na wietrze”. Nogi już są dosyć zmęczone od dźwigania plecaków. Mijamy Małołączniak (szczytem) oraz Kopę Kondracką (skrótem okrążającym szczyt). Potem oczywiście Suchy Wierch Kondracki (stopy coraz bezwładniej opadają na kamienie), Goryczkowa Czuba i Pośredni Goryczkowy. Mijamy trochę wycieczek szkolnych oraz małe grupki ludzi. Jednak to nic, w porównaniu z pielgrzymkami jakie tu się przetoczą przez lipiec i sierpień. Wreszcie wspinamy się na Kasprowy Wierch. Nie byłem tam od bardzo dawna, bo raczej unikam tych rejonów. Omijamy szerokim łukiem kasprową jadłodajnię (zbyt mi tu pachnie mcdonaldsem) i schodzimy żółtym szlakiem do Murowańca. Bardzo lubię to schronisko – zaszyte w lesie i otoczone potężnymi szczytami. Jadalnia otwarta do 21:30, można więc spokojnie wypić piwo i zjeść jakąś chińską zupkę. Wykupujemy też miejsce w 6-os. pokoju, jednak tym razem - wyjątkowo - jest już w środku jakaś para. Przypomina nam się Francuz z Węgierką, którym pomagaliśmy na Ornaku, ale nie – to byłby zbyt wielki zbieg okoliczności. Otwarcie drzwi do pokoju powoduje jednak opad szczęk – w środku siedzą sobie właśnie oni i są niemniej zdziwieni... Okazało się potem, że Murowaniec zarówno mówi po angielsku jak i akceptuje karty Visa, nie mieli więc tym razem żadnych kłopotów. Po kolacji jest ciągle widno, wychodzimy więc na zewnątrz popatrzeć w mapy i na szczyty w zachodzącym słońcu. Obok siedzi grupa Duńczyków i przygrywa na gitarze. Jest bardzo zimno, jak to w Tatrach wieczorem – mimo polara, swetra i kurtki... Jednak z doświadczenia wiem, że w górach może spoconego człowieka przewiać na wylot, można szczękać zębami wieczorem i w nocy, wziąć lodowaty prysznic w Pięciu Stawach, czy wreszcie pić niemal zamrożoną wodę z potoku – to wszystko i tak nie spowoduje żadnego przeziębienia. Co innego na nizinach – uchylenie okna w samochodzie może już oznaczać katar.
Dopijamy ostatnie piwko, kiedy tuż obok schroniska przyziemia śmigłowiec TOPRu. Potężna maszyna robi ogromny hałas i zabiera jednego z ratowników do Pańszczycy. Jak się później dowiaduję, jakaś turystka złamała tam lub zwichnęła nogę. Śmigło z rykiem podrywa się spod Betlejemki i dotykając niemal kominów Murowańca odlatuje na południowy wschód. Tak blisko jeszcze tego helikoptera nie widziałem...
Jutro miała być Orla Perć. Jednak ratownik raczej nam odradza wychodzenie na Kozią, Świnicką, czy Zawrat bez asekuracji raków i czekanów lub przynajmniej kijków. Po dłuższej rozmowie przyznaje jednak, że w zasadzie można tam iść, ale koniecznie w porządnych butach i uważnie wbijać krawędzie w śnieg – tylko dla zaawansowanych turystów i z dużym ryzykiem ostatniej w życiu przejażdżki w dół... Wybór należy do nas. Wolne od płatów śniegu są Granaty i Kościelec...

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Dzień #6 Czwartek
Murowaniec – Czarny Staw – Kościelec – Murowaniec
Murowaniec – Las Gąsiennicowy – Dolina Pańszczycy

Kolejny dzień budzi się ze snu. Nie wstajemy zbyt wcześnie, żeby nie nękać obcokrajowców w pokoju. O 8:00 czekamy już na wrzątek w jadalni, potem śniadanie i rezerwacja noclegu na kolejną noc. Mały plecak na plecy i w drogę. Dziś idziemy na Kościelec, żeby z jego wierzchołka przyjrzeć się dokładnie żlebom pod Orlą Percią, a konkretnie ilości śniegu. Niebo jest zachmurzone i kropi deszcz. Na wysokości Czarnego Stawu przestaje padać. Grupa Holendrów, która wczoraj siedziała przed schroniskiem, dziś częściowo próbuje kąpać się w stawie. Woda jest tak lodowata, że paraliżuje nogę po paru sekundach, więc to pewnie tzw. „morsy”. Oni jednak zanużają całe ciała... Cóż... Wspinamy się na Przełęcz Karb, idzie się bardzo przyjemnie, deszcz już nie pada, a chmury nie przesłaniają korony Gąsienicowej. Na przełęczy zaczepiam pierwszego napotkanego chłopaka z kijami teleskopowymi. Zagaduję go o ich przydatność – bardzo sobie chwali kijki, ale przyznaje, że ma poważne kłopoty z kolanami. Oferuje mi nawet wypożyczenie kijków na jakiś czas, bo idzie w tym samym kierunku, ale nie korzystam. Wdrapujemy się po płytach na Kościelec – bardzo dobra widoczność na OP, mimo gęstych (ale wysokich) chmur. Ze szczytu widać, że Granaty są łatwo dostępne, ale gdzie indziej (Kozia Przełęcz, Świnicka Przełęcz) nadal zalegają wielkie płaty śniegu. Zajmujemy miejsce w najbardziej wysuniętej na południe części Kościelca, w niewielkim zagłębieniu osłoniętym od wiatru i kontemplujemy widoki. Dopiero tu czuć wysokie góry, wokół nieprzyjazde piargi i strzeliste kolosy. Wszędzie cisza i pustka, oprócz nas nie ma tu nikogo... Hmnnn... prawie nikogo. Nagle zza węgła wyłania się dziadek we flanelowej koszuli w kratę, z wystruganą z drewna prowizoryczną laską i w butach pamiętających chyba koniec I wojny światowej. Nie wygląda na zmęczonego, rozgląda się ciekawie wokół i nas dostrzega.

- Panowie, co to za szczyt?
- Ale który? – pytam pokazując ręką od Żółtej Turni aż po Świnicę.
- No ten tu – odpowiada Pan, pokazując ręką dla odmiany w dół.
- Hmnnn... ten tu, to Kościelec...

Przyznam, że dziadek zabił nam ćwieka. Zapytał jeszcze, czy jest tu jakieś inne zejście, czy musi wracać tą samą drogą i poleciał na dół jak kozica... No comments... Z Kościelca schodzimy w stronę Zielonego Stawu i dajemy ulgę zgrzanym i zmęczonym stopom (moczenie w lodowatej wodzie). To bardzo pomaga, a potem przez dłuży czas ma się wrażenie posiadania butów z klimą... Z uwagi na dobro ryb jednak, nie trzymamy nóg zbyt długo w wodzie. Wracamy do Murowańca na obiad i po południu udajemy się na spacer w Las Gąsienicowy żółtym szlakiem w kierunku Krzyżnego aż do grani Żółtej Turni (tj. tam gdzie odchodzi czarny szlak łącznikowy w dół). Pogoda zdecydowanie się poprawia, więc fundujemy sobie poobiednią drzemkę na ogromnym głazie leżącym nieco powyżej odejścia czarnego szlaku. Popołudniowe słońce jest bardzo ostre, więc długo nie daje się wytrzymać. Czarnym szlakiem wracamy w Las Gąsiennicowy. To chyba najpiękniejszy Las w całych Tatrach – ścisły rezerwat, gdzie zwalone pnie nie są usuwane, a kamienie porastają ogromne połacie mchu. Mech rośnie także w potoku, przez co woda zdaje się płynąć po zielonym dywanie. W Lesie panuje prastara cisza, nawet ptaki z rzadka się odzywają. Na ścieżce prawie zawsze dostrzegam ślady jelenia idącego do wodopoju, lecz tym razem ślady są znacznie większe... Niedźwiedź? Wolę się nie zastanawiać. Jednak w schronisku po powrocie potwierdzają mi, że od tygodnia wokół Murowańca kręci się misiek. A jeśli już o Murowańcu mowa, to chyba jedyną zmianą jest przeniesienie słupa z opisami szlaków sprzed drzwi schroniska na plac z ławami. Dzień kończy się znowu piękną pogodą.

EPILOG
Dzień #7 Piątek
Dzień #8 Sobota

Pogoda zepsuła się na dobre, mimo wczorajszej tymczasowej poprawy. Liczyłem na spacer po Granatach, ale Paweł jest wyraźnie już zmęczony, a widoczność jest dziś fatalna. Szybkie śniadanie i schodzimy Doliną Jaworzynki do miasta. Po drodze zaczyna kropić deszcz. Postanawiamy poleniuchować jeszcze 1 dzień w Zakopanem, a w sobotę jechać po alkohol na Słowację i prosto stamtąd do domu. Pogoda robi się naprawdę okropna - ponownie doszczętnie przemakamy docierając do schroniska przy Krupówkach. Okazuje się, że faktycznie nie było sensu zostawać w górach. Deszcze leje nieprzerwanie od południa do poźnego wieczora, niepozwalając nawet na spacer po Krupówkach. W sobotę rano przekraczamy samochodem granicę na Łysej Polanie i jedziemy do Tatrzańskiej Łomnicy poszukać jakichś „Potravin”. Przejście graniczne puste, SG tylko zerka przez szybę w paszporty i „jechać dalej”. Tatry Bielskie prezentują się ze słowackiej drogi bardzo okazale, podobnie Łomnica...


Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Luki
Tatry
lipiec 2004

Dzień 1. 07.07.2004 Otwock-Zakopane

Około godziny 11.00 telefon od żony „jedziemy do Zkopca”. Wieżcie mi lub nie, ale nie namawiała mnie zbyt długo. Fakty są takie: już o 14:30 mknęliśmy w stronę gór.
U Państwa Królów na ulicy Bachledy zameldowaliśmy się około godziny 19:30. Po rozpakowaniu rozpoczęliśmy integrację hanysko-cepersko-góralską. Zwykle jest cepelsko-góralska ale tym razem dołączyli do nas goście z e Śląska. W tym jakże miłym towarzystwie spędziliśmy wieczór i poszliśmy spać. W końcu rano w planach był Giewont.

Dzień 2 08.07.2004 Dolina Strążyska-Grzybowiecka Dolina-Giewont-schronisko Kondratowa-Kuźnice

Pobutka o 6:30. Za oknem piekna pogoda. Słonko świeci „pełną gębą”. Na początek dnia dwie szklanki wody mineralnej (pewnie skutki wieczornej integracji). Herbatka, kanapki i busikiem do centrum Zakopanego. Do wlotu doliny Strążyskiej dotarliśmy około 8:10. Traf chciał że akurat podjechały dwa busy z wycieczką emerytów około 30 osób. Pani kasjerka wypaliła do Nich „A gdzie przewodnik?”. Cała wycieczka zamarła na chwile bez ruchu. Za moment jednak wróciło im logiczne rozumowanie i uknuli, że każdy jest osobno. Tak tez przystąpili do kupowania bilecików, więc chciał nie chciał musieliśmy ustawić się za nimi – co trwało dobre 15 minut. Do polany Strążyskiej dotarliśmy po ok. ½ godziny i zrobiliśmy sobie chwile odpoczynku. Ja oczywiście zapaliłem fajeczka a w miedzy czasie podjechała straż graniczna na motorze w ilości 2 osobników. Pokręcili się troszeczkę i zamówili w chatce dwie szarlotki. Nie wiem czy przyjechali tam służbowo czy czystko konsumpcyjnie ale wchłonęli szarlotki w 30 sekund i odjechali. Natomiast wycieczka „studentów” (jak nazwała emerytów sympatyczna pani sprzedająca bilety przy wejściu) pognała ile sił w nogach do wodospadu Siklawica. Zaczęliśmy podejście parę minut po 9-tej szlakiem czerwonym. Najpierw lasem, było dość przyjemnie bo w cieniu (słonko dawało naprawę mocno). Po drodze wyprzedziła nas ekipa sportowców z Rosji. Zapewne byli u nas na obozie kondycyjnym, gnali do góry jak szaleni. Po godzinie marszu las zaczął się przeżedzać i słonko zaczęło nas troszkę przypiekać.
Szybkie wyjazdy takie z zaskoczenia mają tę słaba stronę, że na 100% czegoś się nie spakuje. Tak tez było i tym razem. Zapomnieliśmy kremu z filtrem UV, jak się później okazało miało opłakane skutki. W końcu dotarliśmy na siodło. Do Giewontu rzut beretem. Właśnie na siodle zaplanowaliśmy sobie przerwę na śniadanko, łyk herbatki a ja oczywiście na papieroska. Parę fotek Giewontu, Czerwonych Wierchów i dalej w górę. Gdy dotarliśmy do wyżniej przełęczy kondrackiej nastąpił szok. Na Giewont kolejka jak w sklepie mięsnym po parówki w czasach PRL-u. Jola stwierdziła, że nie ma ochoty na wchodzenie w takim tłoku więc zaczęła się opalać. A ja pomknąłem na górę. W kolejce stałem 30 minut, by w końcu osiągnąć szczyt (oczywiście parówek już nie dostałem ) jakież było moje zaskoczenie (miłe J) gdy znalazłem jeden wolny kamyk na którym można było usiąść i odpocząć. Parę fotek, telefon do Jurka z pozdrowieniami i oceną warunków śniegowych na Orlej Perci. W dół czas taki sam jak w górę – równo 30 minut. Jakiś „mądry” tatuś zapragnął wszczepić bakcyla do gór 2-3 letniej córeczce i powiem szczerze nie poszło mu zbyt dobrze. Dziewczynka była mocno przestraszona i nie chciała się ruszyć z miejsca. W końcu jednak z pomocą innych schodzących powoli zeszła na dół. A ile się dostało tatusiowi hihi. Kiedy już szczęśliwie dotarłem do małżonki nastąpił następny SZOK!!!! Okazało się, że (delikatnie mówiąc) Jola się troszeczkę przypiekła. Ręce i nogi – całe czerwone. I w tym momencie nasunęła mi się bardzo niepokojąca myśl, że z jutrzejszych planów (Wołowiec Jarząbczy, Koniczysty i Starobociański) będzie klops L. Jak się później okazało, moje przeczucia się sprawdziły. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy przez piekiełko do schroniska na Chali Kondratowej. A tam dzikie tłumy ludzi, nie było gdzie usiąść. W końcu jednak zwolniła się ławeczka i rozsiedliśmy się wygodnie. Ku mojemu niemiłemu zaskoczeniu stwierdziłem, że w menu brak jest szarlotki. Tak więc Joli zaserwowałem gofra za 4 zeta, który wymiarami przypominał kwadrat o wymiarach 8 x 8 cm J a sobie fundnąłem zimnego żywczyka za 7 zeta. Łącznie za 11 zeta ful jedzenia i picia. Siedziało się naprawdę przyjemnie, ale trzeba było się zbierać. W drodze powrotnej mieliśmy, co prawda w początkowych planach, zaliczyć jeszcze dolinę Białego, ale żonka stwierdziła że chyba nie da rady tym bardziej, że jej świeża opalenizna dawała mocno znać o sobie. Zeszliśmy więc prosto do Kuźnic. Tam oczywiście czekał na nas busik w cenie 2 zl. Który bezpiecznie dowiózł nas do Zakopca. Na Krupówkach wstąpiliśmy jeszcze na obiadek do „Gorskiego pstrąga” i na piechotkę po 30 minutkach przyszliśmy na kwaterę. A tam, wieczorkiem nastąpiła integracji część druga, tym razem jednak przy piwku.

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Dzień 3 09.07.2004
Zakopane-Dol Kościeliska-Schr. Na hali Ornak-Wąwóz Kraków-Zakopane


Wstaliśmy ok. 6.00 rano, za oknem piękna pogoda świeci słonko, które poprzedniego dnia dało Joli nieźle „popalić” . Niestety, stan skóry mojej żony był iście opłakany - czerwone nogi i ręce wyglądała jak rak wyjęty dopiero co z gorącej wody, tak więc decyzja mogła być tylko jedna - zostajemy na kwaterze. Przyznam się szczerze, że nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Pogoda super, chociaż zaczął wiać dość silny wiatr. Pokręciłem się trochę po podwórku, poszedłem do sklepu zrobić jakieś zakupy. Z nudów wlazłem z aparatem na pobliską górkę zrobić parę fotek. Nawet Pawłowi (gospodarzowi) pomogłem włożyć silnik do samochodu i tak mi zleciał poranek.
Wybiła już godz.10.30 i uświadomiłem sobie, że w końcu przyjechaliśmy tylko na 4 dni. Dzień stracony na siedzeniu na tyłku i nie zaliczenie jakiegoś szlaku, lub nawet dolinki nie wchodzi w grę. Spakowałem mały plecak, dałem buziaka żonie i jednym susem wskoczyłem do auta i już pędziłem do Kir (no może z tym pędzeniem trochę przesadziłem fakty są takie, że 40 min stałem w korku w Zakopcu i dopiero mijając Krupówki można było poszaleć do 60 km/h).
Do Dol Kościeliskiej dotarłem ok. godziny 12.00. Zostawiłem autko na parkingu, uiściłem opłatę w wysokości 10zł i w drogę. Jak zwykle musiałem trafić na kolejkę po bilecik (2 kolonie i masa ludzi). Dol.Kościeliska wyglądała jak jasna, długa, prosta trasa Łazienkowska w godzinach szczytu - tłok niesamowity. Udało mi się jednak dopaść do kasy i dostać wejściówkę. Zaraz potem poszedłem kupić sobie oscypka z grilla za 2 zł i muszę przyznać że był całkiem całkiem. Poczekałem jeszcze trochę, chcąc puścić przodem dwie grupy kolonistów, jakoś nie miałem ochoty maszerować razem z nimi .Gdy już się oddalili na względnie bezpieczną odległość, rozpocząłem spacerek w stronę schroniska.
Plan był taki: najpierw schronisko i szarlotka a w drodze powrotnej - Wąwóz Kraków. Tymczasem wiatr wiał coraz mocniej. Chwilami unosił tumany kurzu tworząc coś na kształt takiej małej trąby powietrznej (kilka razy ganiałem swoją czapeczkę po dolinie ). Szło się nawet całkiem przyjemnie gdyby nie fakt, iż dolina została całkowicie opanowana przez szkodnika zwanego „stonką”. U wylotu szlaku z jaskini Mroźnej postanowiłem zrobić chwilkę przerwy na papieroska, w końcu nigdzie mi się nie spieszyło. Gdy tak sobie siedziałem i paliłem zaczepiło mnie starsze małżeństwo (typowa stonka: na nogach klapki, plecak o pojemności dwóch kanapek oraz mały kompaktowy aparacik przewieszony na ręku, oczywiście bez futerału aby każdy mógł zobaczyć jaki to się ma sprzęcior ) „Przepraszamy pana czy do wyjścia to idziemy w dobrą stronę” spytali, „to zależy gdzie państwo chcą wyjść” - odparłem nie wiedząc czy mam się śmiać czy też płakać nad ich losem. Po krótkiej rozmowie okazało się, że mieszkają tuż przy wejściu do dol.Chochołowskiej, wiec poleciłem im spacerek szlakiem czarnym, ale gdy rozwinąłem mapę i powiedziałem że zajmie im to ok. 3h zrezygnowali i pognali ile sił w nogach do Kir (tam pewnie złapali busika). Ja ruszyłem w dalszą trasę. Po drodze robiłem postoje gdzie niegdzie, w celu uwiecznienia widoczków na karcie mojego cyfraka.
Zbliżając się do schroniska miałem przed oczami te dwie grupy kolonistów i tłok jaki tam musi panować. Jakież było moje zdziwienie, gdy po dotarciu na miejsce stwierdziłem, że w całym schronisku (w środku i na zewnątrz) przebywa tylko ok. 30 osób a po koloni zero śladu. Pomyślałem sobie, że pewnie poszli nad Smereczyński staw. Mariusz muszę cię pocieszyć, ta miła i przesympatyczna pani dalej tam pracuje. Poprosiłem o dwie szarlotki ”jedną na miejscu a drugą, jeżeli nie sprawi to pani kłopotu zapakować na wynos” ( z myślą o przeżywającej wielkie męki Joli) i powiem wam szczerze, że gdyby jej wzrok zabijał, leżałbym już dawno na glebie. ”W kuchni panu zapakują” odparła niezbyt miłym głosem, więc co mogłem zrobić - spuściłem głowę i udałem się do okienka kuchennego. Po skonsumowaniu szarlotki i zrobieniu kilku fotek obiektom naszych czerwcowych wędrówek, czyli błyszcz i bystrą, udałem się w drogę powrotną zahaczając o kulminacyjny punkt mojej wyprawy - Wąwóz Kraków. Muszę się przyznać, że byłem tam pierwszy raz. Nigdy wcześniej jakoś nie było po drodze aby tam zajrzeć. Wrażenia z wąwozu jak najbardziej pozytywne - po za jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę. Wąwóz ma jakiś swój specyficzny klimat. Byłem tam całkiem sam. Wiatr, ściany i samotność sprawiły, że poczułem się tak jakoś nieswojo, ale co tam wyjąłem aparat i zacząłem robić fotki. Przemieszczając się cały czas do przodu, dotarłem do drabinki no i tu właśnie zastałem owy niemiły wyjątek. Znalazła się tam moja zguba - czyli te dwie grupy kolonistów, które wcześniej wysłałem w swojej świadomości nad Smereczyński Staw. Wrzaski i piski nie miały końca. Zresztą chyba każdy z was dobrze wie jak zachowuje się „dobrze zorganizowana” grupa młodzieży szkolnej podczas wakacji . Postanowiłem usiąść na kamieniu i poczekać aż cała wycieczka wtoczy się na górę po drabince. Gdy już to uczynili, wdrapałem się za nimi. Kiedy stałem już na górze miałem dwie opcje: pierwsza - iść jaskinią za kolonią (sądząc po tempie rozwijanym przez grupę zajęłoby mi to jakieś 10-15 min w totalnym wrzasku i pisku ), druga – po łańcuchach. Tak więc wybrałem opcje drugą, czyli naokoło po łańcuchach, czas przejścia ok. 2min. Szybciutko puściłem się w dół aby uniknąć przyjemności schodzenia razem z młodzieżą. Dalej w dolinie już wolnym spacerkowym tempem do Kir.
Wsiadłem w samochód i wróciłem do domku ok. godziny 16.00, gdzie czekała na mnie stęskniona i obolała żona . Pojechaliśmy jeszcze do Zakopca na obiad i połazić po sklepach. W alpinsporcie zakupiłem pokrowiec na plecak firmy alpin`s za 27 zł . Po powrocie wypiliśmy z Pawłem po browarku i spać. Jutro Czerwone Wierchy.

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Dzień 4 10.07 2004

Zakopane-Dol.Kościeliska-Czerwone Wierchy-schr.na hali Kondratowej-Kużnice-Zakopane

Wstałem rano o godz.5.30 niestety wychylając się przez okno swego pokoju stwierdziłem pogorszenie pogody. Niebo całe zachmurzone, ale najważniejsze jest to, że nie pada deszcz. Nie jest źle. Spakowałem duży plecak, zrobiłem w termos herbatkę i kanapki na drogę (tu należało by wspomnieć, że na Czerwone Wierchy). Znowu musiałem śmigać sam. Stan skóry Joli nie uległ znacznej poprawie, tak więc postanowiliśmy że zostanie na kwaterze. Na drogę dostałem oczywiście soczystego buziaka i przykazanie, abym na siebie uważał.
Około 6.30 piechotką dotarłem do dworca PKP i udałem się na postój busików. Okazało się że do odjazdu mam jeszcze 10 min, więc na co można spożytkować ten czas? oczywiście na papieroska. Zostawiłem plecak w busie a sam wyszedłem zapalić. Ledwie przypaliłem i zaciągnąłem się 3 razy a tu kierowca krzyczy że odjazd - a upłynęło zaledwie 2-3 minuty. Na rozkład jazdy nie zwracajcie zbytniej uwagi będąc w Zakopcu, bo panowie i tak jeżdżą jak chcą. Pokręciliśmy się jeszcze po mieście zabierając pasażerów. Jak się później okazało, turysta był tylko jeden i to w mojej osobie. Reszta podróżnych to miejscowi - pewnie jechali do pracy. Droga do Kir upłynęła w fantastycznej atmosferze. Już na pierwszy rzut oka było widać, że wszyscy się tam znają. Kiedy dwaj panowie zaczęli się kłócić (oczywiście nie na poważnie), to można było boki zrywać. Jeden drugiemu się odgrażał, że mu w nocy wszystkie gołębie powycina i takie tam podobne. Tego nie da się opisać, tam po prostu trzeba było być. Na dodatek wszystko czystą góralską gwarą.
Na miejscu byłem ok. 7.00 kupiłem wejściówkę (pierwszy raz bez kolejki sukces) i zacząłem maszerować w głąb doliny Kościeliskiej, która wydawała się zupełnie inna niż wczoraj. Zapewne dlatego, że byłem tam sam jak palec. Gdzie nie sięgnąć wzrokiem żywego ducha nie widać, jedynie z bacówki majestatycznie unosił się dym. W zupełnej ciszy i spokoju dotarłem do rozwidlenia dol Kościeliskiej i czerwonego szlaku przez polanę Upłaz na Czerwone Wierchy. Tutaj jeszcze na chwilkę usiadłem na ławeczce i napiłem się gorącej herbatki. Wyciągnąłem kijki i ostro pod górę ponad połowę podejścia pokonałem w zupełnej samotności. Szło się nadzwyczajnie dobrze, tak więc postanowiłem przyspieszyć kroku i tylko kilka razy stawałem aby odsapnąć. Gdy minąłem granice lasu i wyszedłem na polanę Upłaz, okazało się że pogoda zaczyna się pogarszać. Na szczęście jeszcze nie padało pomyślałem sobie, że jako pierwszy dzisiaj przecieram ten szlak. Nic bardziej mylnego. Kiedy dotarłem do charakterystycznej skałki „Piec” okazało się, że odpoczywa tam grupka w ilości dwóch osobników płci brzydkiej i jedna królewna. Postanowiłem zrobić sobie przerwę na posiłek. Tak jak postanowiłem tak zrobiłem. Wyjąłem z plecaka śniadanko i przystąpiłem do pałaszowania wspaniałych kanapek z konserwą turystyczną. Po jakże pysznym i urozmaiconym posiłku złapałem za aparat i zacząłem trzaskać fotki na lewo i prawo. Spieszyło mi się tym bardziej, że chmury zaczęły zachodzić coraz niżej i chciałem zdążyć uwiecznić jeszcze co nieco.
Gdy skończyłem robić widoczki moje bystre oko fotografa totalnego amatora, wychwyciło piękny kwiatostan (nie wiem co to za kwiaty, ale były bardzo ładne. Zresztą z dziedziny botaniki rozróżniam tylko kaczeńce i pokrzywę - to drugie bardziej, bo piecze a nie z tego jak wygląda) Była więc to okazja, żeby pobawić się funkcją makro w moim aparaciku. Muszę przyznać, że zdjęcia wyszły super. Przynajmniej mi się podobają. Zapewne gdybym je wrzucił na jakieś forum fotograficzne, zostałbym publicznie wyśmiany, ale co tam

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

W między czasie, kiedy ja robiłem sesje zdjęciową, niewiadomo kiedy przy skałce zaczęło się robić ciasno. Doszło parę osób i też postanowili zrobić sobie przerwę. Był to dla mnie sygnał, że należy podnieść szanowne cztery litery i przeprowadzić misje „Czerwone Wierchy” do końca. Ruszyłem ostro do przodu mijając z boku Chudą Turnie szedłem już cały otoczony chmurami. Dopiero za Chudą przełączką ujrzałem wspaniały widok podobny do tego, który opisywał Mariusz w swojej relacji. Strona polska tonęła w białym mleku, natomiast na Tatry słowackie były przepiękne widoczki. Tak więc w tej iście bajkowej scenerii zacząłem podejście na Czerwone. Powolutku, nie spiesząc się, co i rusz przystając aby podziwiać panoramę Słowackich Tatr.
W końcu dotarłem do pierwszego wierzchołka mojej wyprawy czyli Ciemniak. Tu zrobiłem sobie dłuższą przerwę na drugie śniadanko i odpoczynek. Kiedy już zjadłem i odpocząłem postanowiłem ruszać dalej, ale gdy tylko zrobiłem parę kroków odnowiła mi się stara (piłkarska) kontuzja tzn. zaczęła mnie boleć pachwina. Ból był na tyle silny (oczywiście przy chodzeniu), że aż musiałem sobie przysiąść na kamieniu. W nadziei że to jakieś przejściowe problemy, posiedziałem sobie ok. 2 min. W końcu wstałem z postanowieniem zrobienia kilku kroków. W celu rozchodzenia problemu zostawiłem plecak, złapałem za kijki i zacząłem chodzić w tą i z powrotem po Ciemniaku. Po kilkunastu krokach ból złagodniał. Zrobiłem jeszcze kilka kursów i ból ustąpił niemal całkowicie (i całe szczęście bo dopiero mieli byście ubaw na forum gdyby mnie musiał TOPR transportować). Wrzuciłem plecak na plecy, pożegnałem Ciemniak i pognałem na Krzesalnice. Po wdrapaniu się na szczyt zmienił się wiatr i na parę minut chmury przewaliły się przez grań. Tak więc widoczki miałem doskonałe (szkoda tylko że na jakieś 20 metrów). Nie było więc sensu na dłuższy postój. Ruszyłem dalej na Małołączniaka. Gdy już dotarłem na górę zobaczyłem przecudny widoczek na Świnicę. Po polskiej stronie chmury, które kończyły się na grani a przez nie przebijało się słoneczko. Widoczek zapierający dech w piersiach. Parę fotek i na Kopę Kondracką, ale tam już nie było co podziwiać. Znowu zmiana wiatru i marsz w obłokach. Widoczność 10 m w porywach do 15m. i tylko czasami wyłaniające się nagle sylwetki innych miłośników dreptania po górkach.
Gdy dotarłem do Przełęczy pod Kopą Kondracką, miałem mały dylemat. Czy iść tak jak to sobie wcześniej zaplanowałem na Kasprowy przez Suche Czuby, czy też schodzić do schr. na Kondratowej. Mając w pamięci przygodę z Ciemniaka postanowiłem odpocząć i się zastanowić. I w tym momencie zaczął padać deszczyk. To on właśnie rozwiązał mój problem. Zacząłem schodzić do schroniska. Pomyślałem, że wreszcie przyszedł czas na wypróbowanie nowego zakupu, czyli pokrowca na plecak, ale jak się okazało zapomniałem go spakować (pozwolicie że nie przytoczę tutaj zdania które wypowiedziałem w tym momencie, ale po ocenzurowaniu nie zostało już nic co można by było napisać). Czas zejścia szlakiem zielonym do schroniska wynosi ok. 1h ja ta trasę zrobiłem w 35 min. Przez cały czas padało dość mocno. Gdy wreszcie dotarłem pod schronisko, jak na złość rozpogodziło się. Aha, warto by wspomnieć, że w trakcie schodzenia mijał mnie piechur w wieku ok. 70 lat (na tyle mi wyglądał. Ile miał naprawdę nie wiem, nie miałem odwagi zapytać). To co przykuło moją uwagę, to nie wiek wędrowca, ale jego plecak (był chyba większy ode mnie). Po prostu nie mogłem wyjść z podziwu. Ja miałem połowę mniejszy i czułem ciężar na grzbiecie, a on z takim tobołem zasuwał do góry jak kozica.
No ale jak już wspomniałem, przestało padać więc postanowiłem sobie przysiąść na parę minut. Kupiłem puszkę coca-coli i zapaliłem papieroska. W między czasie zdjąłem buty aby dać trochę odpocząć zmęczonym nogom (nie widziałem żeby ktoś się krzywił ani zerkał podejrzliwie w moją stronę, więc chyba Ph moich stóp mieściło się w normie). Siedziało się naprawdę fajnie, ale trzeba było się powoli zbierać do powrotu. Założyłem buty i w drogę. Oczywiście gdy tylko schronisko znikło z mojego pola widzenia zaczął znowu padać deszcz. I jak tu nie mówić o złośliwości losu. W Kuźnicach mi się poszczęściło i złapałem busa, który mnie podwiózł pod sama kwaterę. Oczywiście co do jazdy zgodnie z rozkładem, sympatyczny pan kierowca nie przywiązywał znacznej uwagi. Wyjechaliśmy z Kuźnic 5 min przed czasem. Nie powiem że nie zmęczony, ale za to szczęśliwy dotarłem do domu. Wziąłem szybciutko prysznic i pojechaliśmy z Jolą do Pstrąga wrzucić coś na ruszt. Po powrocie mieszczańskim zwyczajem ległem na łóżku oglądając telewizję. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Szkoda mi tylko Pawła, bo czekał na mnie z zimnym browarkiem do póżnego wieczoru.

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Dzień 5 11.07.2004

Zakopane-Otwock
Niestety, tego pięknego dzionka nie było mi dane pochodzić po górkach, a to ze względu na konieczność w miarę szybkiego powrotu do domy (urodziny mamy) Rano pojechaliśmy więc do centrum, w celu zakupienia oscypków i na jakieś śniadanko. Przed podróżą postanowiliśmy także przeistoczyć się w „stonkę” i wjechaliśmy kolejką na Gubałówkę (pewnie mi się za to od was oberwie, ale co tam). Będąc na górze rozstawiłem statyw i korzystając z w miarę dobrych warunków pstryknąłem parę zdjęć, po czym zjechaliśmy na dół i tam zjedliśmy śniadanie. Wpadliśmy jeszcze do Pawła i Iwony po rzeczy, pożegnaliśmy się i opuściliśmy Zakopane. W domu byliśmy ok.17.30


Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Iwona
Relacja z Taterek
lipiec 2004

Pierwszego dnia postanowiliśmy wybrać się na Giewont.Rano pobudka,śniadanko i.......problem-synek znajomych wymiotuje.Kombinujemy,co tu zrobić może chociaż do Kuźnic dojdziemy i mu przejdzie ale niestety,znajomi wracają-małemu nie jest nic lepiej.My,tzn ja ,mama i 8 letni brat,idziemy dalej przez Kalatówki,Kondratową na samiućki szczyt.Pogoda super.Schodząc ze szczytu spotykam...kolegę z liceum-ale niespodzianka :) Na powrotną drogę wybrałam Dolinę Małej Łąki.Przy wylocie doliny moi już powoli piszczą ,a tu jeszcze trzeba ścieżką pod reglami do ronda kuźnickiego się doczłapać :aciu: W pewnym momencie dzwoni kolega:Jesteśmy na Giewoncie,jak najszybciej wrócić bo nadciągają ciężkie chmury?Gdzie jesteście????????Okazało się,że mały po 2 godzinach poczuł się lepiej i znajomi wyruszyli naszym śladem.Byłam pod wrażeniem,6 latek po rannych nudnościach na szczycie :D Wieczorem spotkanie przy kawie na kwaterce i wspomnienia z całego dnia.I w ten sposób upłynął mój pierwszy dzień w DOMU,czyli w Taterkach

Kolejnego dnia-czyli 06.07 miało być Krzyżne,miało bo uporczywie padający deszcz zmusił nas do zmiany planów.Doszliśmy do Murowańca,czekaliśmy przy herbatce na aurę,ale prędzej korzenie byśmy tam puścili. W tej sytuacji zabrałam moich przyjaciół nad Czarny Staw-którego brzeg trudno było zobaczyć w strugach ulewnego deszczu...
Nie pozostało nam nic innego,jak skapitulować i powrócić do Zakopca.Wieczorkiem postanowiliśmy udać się na otarcie łez do kina na Shreka 2,ale......bilety wyszły tóż przed nami hehe-kupiliśmy je na następny wieczór.

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

07.07
To zdecydowanie mój najlepszy dzień! Rodzinkę i znajomych "wysłałam" do Dol. Kościeliskiej ,a sama na Orlą.Aby trochę oszczędzić nogi postanowiłm wjechać na Kasprowy kolejką.Jakież było moje zdziwienie,gdy zobaczyłam morze mgieł i chmur nad Gąsiennicową-z dołu niebo wydawało się błękitne.Mina mi zjechała,ale co tam idę dalej,tym bardziej,ze z drugiej strony gór pogoda jak złoto...Na Świnicy poznałam bardzo sympatycznego pana,który także wędrował sam,a że był na Orlej po raz pierwszy,"przykleił" się do mnie-i dobrze,co dwóch to dwóch .Najbardziej to bałam się śniegu po drodze,ale nie było najgorzej.Jak doszłam do tego miejsca,gdzie szlak schodząc z Małego Koziego gwałtownie opada w prawie pionowy kominek i jak zobaczyłam,że łańcuchy nie są pod śniegiem(jak to miało miejsce,gdy tam byłam ostatnio ) to cieszyłam się jak gwizdek.Podejście na Kozi,dało w kość.Na Koziej Przełęczy śniegu ... Na samym szczycie-tłoczno.Fotki i szamanko(jak zwykle nic nie mogłam przełknąć-cały dzień 2 jabłka i banany)Zejście z Koziego-pikuś ,ale tylko do Żlebu Kulczyńskiego,bo tam.......no cóż śnieg mnie dopadł.Jak zwykle adrenalinka,ale jakoś zeszłam.Brrrr,paskudny ten śnieg,jak ja go nie lubię.Reszta szlaku już luzacko ale w miarę szybko-bo bilety do kina na 19.Pożegnałam mojego kompana,który był tak miły,ze mnie podwiózł do miasta.Zdążyłam.Aha,zapomniałam dodać,że po drodze widziałam dwa mamidła (trzeci raz mi został do zaliczenia hehe),a z mniej przyjemnych rzeczy-aparat się zbuntował i zdjęć nie mam

Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

08.07
Po "dobiciu" na Orlej postanowiłam trochę odsapnąć-zakwasy!!!!!-i poszliśmy do Piątki.Wstyd się przyznać,ale dreptałam tam w klapkach-jak co roku,tradycyjnie już zdarta pięta i mnogo pęcherzy -efekt buszowania po Orlej,albo upartego ćwiczenia butów,które nie chcą być moje he,he.Pogoda przepiękna,jak Wielka Siklawa,w której to wodnej mgiełce robiliśmy fotki i delektowaliśmy się przyjemnym chłodkiem równo pokrywającym całe ciało.Koło schroniska standard-tłumy ludków moczących nogi w wodzie-biedne rybki.W Piątce po raz kolejny jadłam przepyszną zupę pomidorową-gorąco polecam.Powrót czarnym szlakiem.Z tęsknotą patrzyłam na ludzi na Krzyżnem ale w laczkach i z dzieciakami to by było już wariactwo

09.07
Ostatni dzień pobytu w górach.Z racji tego,że znajomi byli po raz pierwszy w górach,a być w Rzymie i.....poszliśmy nad Morskie Oko.
Było tradycyjnie-tłoczno,ale ogólnie jak to nad Morskim-faaaaajnie
Trochę żałowałm,że nie wybrałam się jednak nad Prełęcz Pod Chłopkiem,ale TOPRowcy nie zalecali,bo podobno miało przyjść gwałtowne załamanie pogody.Załamania nie było,no może wiało ponad przeciętną.....

I to by było na tyle,jeśli chodzi o mój wyjazd.Ogólnie czas minął sielsko-anielsko,a po Wysokich Tatrach pobuszuję jak będę w górach w ''starszym"towarzystwie,bo z dziećmi to się tak nie da,ot co.


Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

ana
"nigdy nie zapomnę..."

...późnego, sierpniowego popołudnia,kiedy wracałam z przyjaciółką Doliną Kościeliską. Trasa,którą wówczas odbyłyśmy prowadziła z Kasprowego do Przełęczy Tomanowej. Gradowa nawałnica,która przeszła wcześniej sprawiła,że parne powietrze oczyściło się.Szłyśmy sobie doliną , towarzyszył nam nieprawdopodobny,ostry blask słońca, mrucząca gdzieś daleko burza i to zimne,rześkie powietrze. A co najdziwniejsze-niemal całą trasę do Kir(od schroniska) przeszłyśmy same, rozprawiając o życiu :D . Było tak cudownie, tak spokojnie...


Kolekcjoner - Wto 19 Kwi, 2005

Izabela
surrealizm


Jakie piękne lato jest tego roku. Miałam rację, że wybrałam Rusinową Polanę. Szałas trzyma się dobrze:ile to dni jeszcze zostało?....Mam dużo pracy przy owcach,jutro przyjdą forumowicze po świeże oscypki.
Jaka cisza, nikt tu prawie nie zagląda. Wtapiam się w najpiękniejszy punkt Tatr:Jagnięcy,Lodowy....Rysy.Jestem pogodzona,chociaż czy zupełnie?.Po co biegam więc na Wiktorówki, gdy TO już nieodwołalne?
Ale nie rozpaczam, mimo wszystko czuję się wybraną, mogę spełnić marzenie swego życia! Patrzę na Maxa, za dwa dni nie pozwolę mu się nigdzie oddalić:gdy, jeśli TO nadejdzie, będę się kochać...





Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group